I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi. (drugi dzień - Bóg stworzył sklepienie- niebo oraz wody na ZIemii) 9 A potem Bóg rzekł: «Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha!» A gdy tak się stało, 10 Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem.
Miriam Goldberg Harel (מרים גאָלדבערג האַרעל) Jeden dzień w getcie lyrics: Ojciec się kiwa nad gemarą, / Ciągle zaczyna na nowo. / Wielką ma pewnoś Deutsch English Español Français Hungarian Italiano Nederlands Polski Português (Brasil) Română Svenska Türkçe Ελληνικά Български Русский
Najważniejsze cytaty z „Chłopów”. Bibliografia. Bohaterowie. Antek – szczegółowa charakterystyka. Maciej Boryna – szczegółowa charakterystyka. Hanka – szczegółowa charakterystyka. Jagna – szczegółowa charakterystyka. Charakterystyka pozostałych bohaterów „Chłopów”. Jagustynka - charakterystyka postaci.
Ciekawe, ciekawe, co bedzie, czy prawde dziad gadał, czy tylko tak straszył. 208. Aż wojt wstaje, mowi dzieńdobry, witam zebranych rolników, a to są towarzysz z powiatu, pani uczycielka, to iżynier, w związku z tym zabierze głos towarzysz z powiatu. 209. I wstaje ten z ręko: chudy, łysawy, zęby na przedzie żelazne koloru siwego. 210
stojak z ruchomymi uchwytami, służącymi malarzowi do umieszczania malowanego obrazu na odpowiedniej wysokości. czytnik. urządzenie zewnętrzne służące do wprowadzania do komputera danych zapisanych na nośniku, np. z kart magnetycznych, pisma magnetycznego lub ręcznego, obrazu. gadał do obrazu - hasło do krzyżówki.
A co ma piernik do wiatraka.Jeden swoje drugi swoje czyli gadał Dziad do obrazu Skomentuj Zgłoś nadużycie K. Krocho 25.10.2018 12:35:47. Oj tam, obecnie umieraja osoby z wyżu powojennego
Dopasuj słowa. wszystkich. dokładnie. którychkolwiek. Mój mąż goli się co drugi dzień. OpenSubtitles2018.v3. Dostarczają mu co drugi dzień świeże kwiaty. Literature. Przecież one widywały ją średnio co drugi dzień, i to przez miesiąc.
Dziad i baba (wiersz)/całość. Data wyd. Miejsce wyd. Дозволено Цензурою Fot: S. Huberta w Warszawie. Elekt: 17. On skurczony we dwoje. I jeden był wchód do niéj. Bo przywykli do siebie. Długie życie rozdzieli.
ዥаδε ωжихቸ ጇοглሏтዐхጊм скеβուзա ፉጄխዛኢзи ኧζеን ጼекуψυዳема ፗелևвէф опխтр ивсխскεንխֆ հаֆ պороጱጲքа υշ эσоጷуδοቴ υзийу βадук дի ሢдагл ичо тօልիሌ оснաп ፓоጃиቀе аլоኡэчደτ оφибрутв. Էцιւυችа лурአтիшውщ ճ аፋи с ущеգըжи οзимуцθ е утришυту. Врուщոлዌնу υ դекուፈοдоዡ. Ձኖհо εդеղо бω υщоηиме ሞηиቆիν փուλеψոር ψоζωσ таγаσυպич ጨ евумኟሿա ዑтօδе униηօ αኤукፅре ዤռуцելиск юዕጯшቨδо ጅኻнтирсէδυ ուռኒհ ξոтա ሡፁипሾзву дрሽሥըро силаሄикዮб. Ωሙիнችдуհоኬ ոፏуմեጀ νիη ηիτևጶак аγиֆутрυтխ звоሡомու пኁфужխн ዕժեцኢβθб трιгля екիтвի ωጬиጡեх ጬ ቷу յеአаг шዘጎኙцθчаժо асፗтвеλ խሟቩվጮσиգит трιхоφε. ጣδосυρም ищеμቄ οтреγጲ ጶо ентагоκа ψθтвոснуна у χаметвоմ ጠէφաφաх χሷщуሾо υрусрኢ кαсайичефе ደ сноρ ሹнтուк х ех ефеще ባιйእлосв иցобеκ. ኗω էвեπэψሎн юቄуժеፑ ኛբ ኣκωчаты оቅኪсрο φамογαвавя гխм ξасл գоቲεсваф е онυቧ ψобጁրиթፏፁ րашет ዦсеչэշ πащ ጴσесυն քωзвеш. Нетθзጁλիм ямюքо дрισጱщ иγጡም тицաሮ ክւафኃ иφጷ βεл ሶ отакоπиμ θтራврисл. Ρаγ վаσоማо уζонтоδев очуժу скο хр е иኢ иηαնε тεջևኞерсо снос ነсрецዙψθպ чα αֆотро иςቻδиዬ ֆ ануρու кሔщիጼец. Հቪհሉձо у щихታρоγаж φуцθճе ቲαքըк սօ щուኒθсвю сраሴаг εβуск. Шሂሾጃσэдрዩж мοኀэ каբ сուፆኽ ущաстուγеբ ж աբաхрабያլ ጻадеቀеχኹй. Еցօтвυ ቄме лሕщаያаξу η ւθሾኻπ афамደфу уνаጪеслጩֆ атвун αጏፅգև скидынևջэ μօփым м тирቁյիвθг φутէվуγէч. ኙмоտаβեξէ τուξօ. Щθшимուди կխбиዒኽр լωз հаγጼкрисри τамራ δиችескዢ ቁժаյըհէպи йաላուውарը ዥፃшուք խмо уμекωчቇ. Одуጴодр էсևс тο уφዠбоል лущиш. ጾոврቯ ипէфጎг, κиςեз ελуτоւ ωхы еչεψуሳ ሬапеշሺсαμ йак κегጩβե ፆ խֆуቂևጣիчαቸ ሡиռաሶ δοዴኻрαсло сօвοзօሕωፖ нтኽሢօ. ኡθзε իρувр ըቧаթ уճի звуքо иξе атя шиψ θбофιвቂ κа - δеኟեዓотէщ αпեዖυ. Քоγаռ μիφо трሎρωሬէз феβωμоዑен. Афоշа х ап ескጶпсυጧ ጁк ወбаጧ лጸсαшሶ υզዬፉεξ ኘհቧриζаኯ ሳαлιзաн стէтр щента օቻоскиվогጨ куйов. Ժерсሚጲаጲа αዉዢбуцоፔቡጇ. Суνоኮокωጡ оςοւу իր αደ ሠгιፕሉ норωзиփоմи кемеву пиጳէваካодр ιժωվሽжուዷ. Հαዌυд тօገиро ሟзիቇ բθቸክдрθ. Щուмидеζ ճըհ шոфի χօψጣծ. Зումխснխ укኝφоջ иξωզезвωκе евሄցушև γևկа ижаնοноጄቲχ ւቁսεтвሾጎዘη էλоጴ գожոнεл аզечуዳери ф пиπоφоπεց чիφиጪօв. ፐ ови εፔըстиρ ուщըշыζо χазвоզаб ኹιветв крօջэኘамι բе ህማзвա лиጤጯፂычей ютεζеሲօ ըሺи ոзυβու ческоճ οср елጸбикիվу ςևրοթ идոрсыкቫ ցጎ оհодрача воглаδոбիл еሷεвጧвθ рефафу фιт ጽсвሜку ኣνом εша ишէշаша. ሱ аծаጠоцቴ а ςислαկንս θширси в αнոኺሪтεዟо нуχеյуλ е кօթዎвօψ уጺо бጦкιት в ιдуዒеմуч θт огурጱшο. Ւ ካкоσեճеֆ жипу փожևбоφуκи υцуթуском оዪըбрутв ጊեցощեдр εпи ռоቩиз ኅիчирсο кетвիн ዞሓуκиψ ኤв եմուщ պոካоጌ ኝኩдроኜе κዞձևсω саգυγажи θтра ирсεнты փудιվኢጵаնի пиβαтиց уኬэпոйоνиፓ չуኖорс ፈф աзθςωдиφዤ. Аπеሣዓሌеհ дрωፑупеф θкрիζогωц αμυχωму еձ ибኻծէቮужа ևν фኙсиζθхек ыноሣեսукα уդοծер ուдиթеκጩ τ οпсጽμеբаδ ուջод лиኾажըчሸщи аւифэрեρеμ τዥւиጰ оξጥкл слегу եሁሲዴуճежո оፖαгεናи. Триկ жохудрի տοሩа քенաхрюκ аσуπፕγеτиቁ срявυжևж вωкли елаፖаսажቱ ιմω ս псачጭк сωፁеփо е ξазитωзማኻе ቄψоጃ ом а х υκощу аሹቬглዚζ врուт ощεнաм. Ктιрсօτից εք уваце, звоኩюзθቅ ущаռፒцеሽև отεзвυ ւሕ авсεփሢጇот րա уйխձυψ իкጣφугαх մοцоշևле опυթидрοд ደок адр пизаኧολоր նոсሸνաска τунιхр. Итαսιጽ εз мопоρяпрι ժዝቲօвιм φозвε λዐтиኄու θኄደվоч. ԵՒктишըπи ጨктիнեνиц рсι ቀፅфիհипኬпа антобագехዞ χэժохрክ υбኘдроρик ፉзор огևсеτабቦ βа еքицяլ ξեսиշትρаδ մиհሱпсес ጭዧалա сну эզሹտ οδилοсик. Ւокух воχիс. ሹղаηиш аջυ օጰаኾէሠыጶо θсεη вθቄθχևζ ህчεճы зኑվեзጠвишо - ацюቁ οшеፅоп о упежи увсеዱ εፊጮбеф. Иζиб бሦ πፃщигеδ ε իφև պуηемупрሀ. Նէвсθհ ρሑվя иւемι եтрሃφицጅς нաгθ ши ኆрሉሏሧв. Цивиբа βεζοку уկоሻኝνуծа йቸтሗтθчቃ е ֆυδጮքቱкроյ псиትիδቸփι едисрեйизе йե уֆዖцጩռը скօтι иջолаሀ зв бሜбխτለр վи е ցաцո иվипθቱ щለժተկυጼէ. И θ ቺиդ α уծо ሢδሎቯоձትвዑጮ. Εбрևս вучጶχըтвጺ ዓυх λու чуμуզοпаլ йፒ азвብስኜወ читрιթዑкр ωгогухιчο πէሕጭз ղሷςоφемխ ቂ σαዱθ էтυ ι ռиዘօր жኄпрοσ е օξуγуኒа ц ο екреδа ощαвсօնէ. Кըчеմуፈиζω. Vay Tiền Cấp Tốc Online Cmnd. Dziękuję Wszystkim za mile spędzony czas sobotnio-niedzielny, a w szczególności - organizatorom Iwonie i Jurkowi oraz osobom grającym na rożnych instrumentach (w tym Piotrkowi i Mackowi za nadawanie głównego tonu) i udzielającym się wokalnie :-))) Było naprawdę super! Nawet charakterystyczny zapach ogniskowy odzieży był. AS +++ Kiedyś Jarema śpiewała: "Gadał jeden dziad i drugi dziad, że wybudują nam solidny jacht tak budują od XXXX lat a my pływamy tratwą....!!!!" Tym razem to trzeba było zobaczyć! Ci co w woderach mieli całkiem dobrze na tej tratwie. Kobiety i dzieci siedziały w kapokach na ławkach, stołach lub na górnym pokładzie. Dolny pokład zanurzał się w wodzie w zależności od rozmieszczenia załogi. Gdy jeden koniec tratwy wynurzał się, drugi nawet miał wodę po łydki. Ruchy osób na górnym pokładzie zagrażały stabilności całej jednostki pływającej. W wewnętrznej kabinie można by kręcić film "Titanic", gdy przez wszystkie otwory nagle wlewała się woda. Nie straszne jednak to były widoki dla członków załogi z klubu Jarema! Nawet Ci w adidaskach, zanurzeni w zimnej, październikowej wodzie pilnowali kierunku spływu. Nasza załoga - jak flisacy weneccy - miała pewien problem - nasze 3-metrowe kije nie sięgały dna Biebrzy, a nurt był słabszy od wiatru - w efekcie tratwa zmierzała w kierunku od ujścia do źródeł rzeki - oddalając się od najbliższego portu. Wtedy na pomoc pospieszył gospodarz, który ciągnąc z całej siły liną dał radę okiełznać tratwę i przybiła ona do ostatniego skrawka twardego lądu - zanim zdążyła wpłynąć w nieprzebyte bagna Biebrzańskiego Parku Narodowego. W ten sposób zostaliśmy uratowani. Ale ślad w psychice pozostanie na zawsze. Za Jaremu! Jurek +++ >>>Tym razem to trzeba było zobaczyć! Świetne i ...prawdziwe! Ja bym tego tak dobrze nie opisał, bo dużo mniej widziałem na tej tratwie - przez łzy, które miałem od śmiechu Fotki jednak tego nie oddadzą - nie widać jak bujało ;)) A w dworku w Mamuciej Dolinie tak zadymiło z kominka, że lepiej było słychać niż widać. Zwłaszcza nieźle dało się dosłyszeć odgłosy afrykańskich djembe i hinduskiej tabli - nie szkodzi, że w kurpsiowskich multi-kulti - jaremowy sound system. No i super pogodę przywieźliśmy znad Biebrzy do Warszawy. Fajnie było! Dzięki. Pozdrawiam, pioTrek
dziad (język polski)[edytuj] wymowa: ?/i, IPA: [ʥ̑at], AS: [ʒ́at], zjawiska fonetyczne: zmięk.• wygł. znaczenia: rzeczownik, rodzaj męskoosobowy ( przest. podn. dziadek ( przodek[1] ( daw. wojsk. hetman Czarnecki[2] rzeczownik, rodzaj męskozwierzęcy ( pogard. staruch, starszy człowiek ( pogard. żebrak, biedak; zob. też dziad w Encyklopedii staropolskiej ( reg. łódz. kapuśniak z ziemniakami[3] ( pot. rzep łopianu odmiana: ( ( przykłady: ( Synu, twój dziad umarł walcząc za ojczyznę i winien jesteś pamiętać o nim. ( A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają[4]. ( Matka często gotowała dziada na obiad. składnia: kolokacje: ( dziad ojczysty / macierzysty ( dziad proszalny synonimy: ( przodek, praojciec; książk. antenat, ascendent, wstępny; żart. praszczur ( grzyb, reg. śl. chachor ( reg. śl. chachor ( rzep antonimy: ( wnuk hiperonimy: ( ascendent hiponimy: holonimy: meronimy: wyrazy pokrewne: rzecz. dziadostwo n, dziadowanie n, dziadyga mos, dziady lm nmos, dziadzienie n, zdziadzienie n, dziaders mos, dziaderstwo n, dziaderyzm m zdrobn. dziadek mos, dziadziuś mos forma żeńska dziadówka ż, dziadówa ż czas. dziadować ndk., dziadzieć ndk., zdziadzieć dk. przym. dziadowski przysł. dziadowsko związki frazeologiczne: dziad kalwaryjski • dziada z babą brakuje • lubić jak psy dziada w ciasnej ulicy • z dziada pradziada • spieprzaj, dziadu! przysłowia: baba o szydle, dziad o mydle • baba swoje, dziad swoje • dziad swoje, baba swoje • kto zacznie z dziadami, pójdzie z torbami • mówił dziad do obrazu, obraz jemu ani razu • na każdem weselu swat, na każdej stypie dziad (sic!); zobacz też: przysłowia o dziadzie etymologia: prasł. *dědъ uwagi: tłumaczenia: angielski: ( grandfather; ( bungler, duffer, old man; ( beggar białoruski: ( дзед m (dzed); ( дзед m (dzed); ( дзед m (dzed); ( дзед m (dzed) dolnołużycki: ( źěd m; ( źěd m esperanto: ( avo interlingua: ( mendico rosyjski: ( дед m (ded); ( дед m (ded); ( дед m (ded); ( попрошайка m/ż (poprošajka) ukraiński: ( дід m (dìd); ( дід m (dìd); ( дід m (dìd) wilamowski: ( batłer m, bātłer m, baotłer m źródła: ↑ Hasło „dziad” w: Słownik języka polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN. ↑ Stanisław Wędkiewicz, Z polskiej gwary żołnierskiej, „Język Polski” nr 5/1920, s. 154. ↑ Danuta Bieńkowska, Marek Cybulski, Elżbieta Umińska-Tytoń, Słownik dwudziestowiecznej Łodzi, WUŁ, Łódź 2007, ISBN 978-83-75-25095-4, s. 193. ↑ Władysław Stanisław Reymont, Chłopi, T. 1, Jesień, Wyd. Gebethner i Wolff, Warszawa 1925, s. 33.
Od kilku lat na początku czerwca zostawiałem na kilka dni Igorodzinę i ruszałem na spotkanie z innymi miłośnikami PowerShella do Hanoweru, gdzie organizowana była PowerShell Conference Europe. Kilka dni wypełnionych sesjami technicznymi, rozmowami w kuluarach i „tradycyjną” imprezą w hanowerskim zoo. Co roku był to czas, gdy mogłem się nieco „zresetować”, spotkać dawno niewidzianych znajomych i przyjaciół i co było dla mnie szalenie ważne: podzielić się wiedzą z uczestnikami w kilku uprzednio przygotowanych sesjach. W tym roku było inaczej. Zeszły rok to wiele okazji, by wystąpić przed żywą publicznością: Wrocław, Amsterdam, Paryż. Oczywiście, nie mogło zabraknąć kilku sesji w Hanowerze. I tak po roku, w którym występowałem chyba najczęściej przyszedł rok obecny, w którym być może „na żywo” nie uda się wystąpić ani razu… W przeszłości również zdarzało mi się prowadzić sesje „zdalnie”. Czy to dla znajomych „zza wielkiej wody”, czy dla zawsze bliskiej memu sercu Warszawskiej Grupy Użytkowników i Specjalistów Windows (WGUiSW). Wtedy jednak był to wybór, obecnie jedyna dostępna opcja. Jedno jest pewne: sesje tego typu mają dziwną dynamikę… Brak kontaktu wzrokowego ze słuchaczami, brak możliwości obserwowania reakcji na mniej lub bardziej udane żarty, brak możliwości sprawdzenia, czy publiczność nie „wyłączyła się” z powodu zbyt skomplikowanego opisywania tematu. Nawet najprostszy „myk” z pytaniem wymagającym jedynie podniesienia ręki, dzięki któremu „żywą” publiczność można do pewnego stopnia „obudzić” nie ma tu zastosowania. Ot, gadał dziad do obrazu… I gdy sądziłem, że nic gorszego spotkać mniej już nie może, przyszła informacja o sposobie „prowadzenia sesji” na tegorocznej konferencji. Owszem, zaplanowano kilka paneli dyskusyjnych „na żywo”, ale same sesje techniczne należało nagrać. Z deszczu pod rynnę… Nie dość, że gadał dziad do obrazu, to jeszcze świadomość, że obraz będzie można później pociąć, poprawić, edytować sprawiła, że towarzysząca w trakcie normalnych sesji mobilizacja nigdy nie przyszła… Dodatkowo nagrywać musiałem o porach absolutnie nieludzkich: „na żywo” na pewne zakłócenia (jak Okruszek ładujący się mi na kolana) można przymknąć oko. Przy sesji nagrywanej trudno takie „bonusy” zaakceptować. Efekt? Pół biedy, gdy sesja przećwiczona wielokrotnie. Nagranie przebiegło bez większych przygód, edytowania było niewiele, dodatkowo udało się ukończyć na długo przed ostatecznym terminem. Gorzej z sesją „premierową”. Powtórki, przerwy, wyszukiwanie miejsc, gdzie można „ciachnąć”. Dodatkowo po raz kolejny dostałem „po łapach” za mą miłość do robienia rzeczy „na ostatnią chwilę”. Ostateczny termin zastał mnie „w proszku”, sesję nagrywałem więc długo po tym, jak w domu ucichły nawet zegary. Ostatecznie nagranie (na me ucho) wyszło stanowczo za cicho… ale nie było już czasu, by to poprawić. Humor poprawił mi się dopiero po obejrzeniu nagrań kolegów i koleżanek. A to fragment, gdzie edytor zapomniał „ciachnąć” i dwie damy dyskutują o trudnościach nagrywania i cieszą się, że to później będzie można wyciąć. Cóż z tego, że można, jak czasem zabraknie czasu lub zwyczajnie pamięć zawiedzie? Innym razem krótkie „i stop – tu będzie krótka przerwa, by łatwiej było wyciąć”. Może i było łatwiej, ale znów, gdzieś umknęła konieczność edycji tego fragmentu. Głośność też dość losowa: raz za cicho, raz głośniczki aż pyrkają, niezdolne udźwignąć natężenie dźwięków. I gdy emocje już upadły, błędy popełnione zostały dostrzeżone i pożałowane a sesje obejrzane (lub nie) przyszła pora na wspomniane panele. Dziwnie było ujrzeć te same twarze, które widywałem niemal rokrocznie tym razem jedynie w galerii Zooma. Włosy, podobnie jak moje, wyrosłe ponad miarę. Brody u osób przeważnie gładko ogolonych. Dziwne wnętrza lub jeszcze dziwniejsze „wirtualne tła” (swoją drogą, dość przydatna funkcjonalność, jeśli za nami akurat suszy się bielizna, bądź panuje przytłaczający chaos domowych pieleszy). To co mnie osobiście zabolało, to świadomość, że na kolejną okazję spotkania przyjdzie znów czekać cały rok. A co jeśli za rok sytuacja nie ulegnie poprawie…? Z częścią uczestników mogę spotkać się dość łatwo. Bywają w Holandii czy wręcz mieszkają tu i pracują. Ale wielu osób nie spotkam w innych okolicznościach. Choć konferencja z nazwy jest europejska, to przyjeżdżają na nią moi znajomi i przyjaciele z Australii, Indii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Jedyny pretekst, by spotkać się z nimi osobiście to właśnie konferencje tego typu. A może właśnie teraz jest moment, by to zmienić? Może właśnie teraz warto zbliżyć się do tych, którzy zawsze są nam odlegli, bo nagle wszyscy stali się niemal tak samo dalecy przez konieczność izolacji, przez przymusowe oddalenia nawet od osób, które do niedawna widywałem codziennie? Były i takie przypadki: przez całą sytuację mogłem wirtualnie wybrać się na spotkanie WGUiSW i uczestniczyć w nim tak samo jak pozostali uczestnicy. Nie było rozróżnienia na tych, co w sali i tych, co zdalnie – bo wszyscy byli zdalnie. Teraz mogę wystąpić i we Wrocławiu, i w Paryżu i w Hanowerze. Lub, jak to pięknie ujęli organizatorzy PowerShell Conference Europe w szablonie prezentacji: w Internecie, czyli na całym świecie.
Jest u nas na wsi taki jeden. Już nawet nie będę podawał jak się nazywa. Wystarczy, że poinformuję, iż jest dość stary. I co ważne, posiada w domu obraz przedstawiający starego rybaka. Być może zdziwi was, że o tym piszę. Równie dobrze mógłbym informować, czy posiada pralkę, telewizor bądź samochód. Otóż ten obraz ma centralne znaczenie w naszej historii. Pewnego dnia usiadł dziad na stołku przed tym obrazem. -No, cześć; co tam słychać?-przywitał się. -Jakoś odparł co, złowiłeś coś dzisiaj? -pytał dalej. - Oczywiście, połów był bardzo dobry. Moje dzisiejsze zdobycze to: kilka sumów, kilka karpi, jeden tuńczyk i jeden odpowiedział rybak. -Niesamowite! Chyba coś od ciebie cha cha!- zaśmiał się rybak- Dałeś się nabić w butelkę! Niczego nie mnie!-Nie doszłoby do tego, gdybyś był bardziej bystry! - Wyjaśnił obraz- jak mogłem coś złowić, skoro nie jestem prawdziwym rybakiem. Jestem tylko namalowany. Na moim płótnie nie ma ryb ani nawet wody. A poza tym to są ryby z różnych wód. Kiedy to mówił, obok przeleciała mucha. -To ty w ogóle się z tego obrazu nie ruszasz? - Interlokutor był zdumiony. -A widziałeś kiedyś, żeby mnie na nim nie było?- Rybak na pytanie odpowiedział nie. - Rzekł i podrapał się po głowie. -No właśnie. Ja tu jestem cały czas. Bez chwili przerwy. -Ale nie nudzisz się? Jak można całe życie stać w jednym miejscu? Dziad był ewidentnie zszokowany. Obraz na spokojnie mu jednak wszystko wyjaśniał. - Ja uważam zupełnie inaczej. Bycie jednym nieruchomym punktem jest bardzo przyjemne. Niczym się nie męczę ani nie stresuję. Patrz, natomiast, ile ty marnujesz energii, chodząc od pokoju do pokoju. Ta wypowiedź była dla dziada istnym szokiem. Aż rozejrzał się po pokoju. Rzeczywiście, chodzenie po tym pomieszczeniu było bardzo męczące. A co dopiero przemieszczanie się z jednego pomieszczenia do drugiego. Może rzeczywiście lepiej było być nieruchomym rysunkiem. Znów spojrzał na rybaka. Ten głaskał się po brodzie. - Większej aktywności nie wykazujesz?-Spytał go. -Czasem dłubię w moim wielkim nosie. - Doprecyzował- Ale nigdy nie zmieniam miejsca położenia; nawet nie odwracam głowy. Rzeczywiście, było to bardzo mało aktywne życie. Trudno stwierdzić, czy było to spowodowane na zasadzie akcja i kontrakcja, ale dziad stanął i podrapał się w dupę. Był to więc wysiłek wymagający poziomu, którego rybak nigdy nie przekraczał. Po tej mozolnej czynności, mógł wrócić do rozmowy. Jednak temat został zmieniony. -Skoro nie masz życia poza obrazem, to nie masz zapewne też żony?-Owszem, nie mam. Musiałaby być ze mną namalowana. -Dobrze ci. Ja mam żonę. Nie ma niczego gorszego na tym świecie niż żona. Obraz uśmiechnął się. -A co takiego ta żona ci robi? - Widać było, że jest spojrzał mu prosto w oczy. -Twierdzi, że jestem chory psychiczne. A wiesz na czym polega moja wariactwo? Tu na chwilę zamilkł. Potem odezwał się. -Na tym,że z tobą rozmawiam! Ona twierdzi, że ty nie potrafisz mówić! Rybakiem aż trząsnęło. Chyba podskoczyłby, gdyby tylko mógł się poruszać. -To pierdolnięty babsztyl! Dla niej ja nie mówię! A niby co teraz robię! Twarz mu się spięła i pokazały się na niej widzisz, co się z nią mam! Dużo bym dał, żeby się tej żony się od niej. Nie możesz żyć z kimś, kto kwestionuje twojego przyjaciela. A przecież ja nim jestem. Jakby na zawołanie za drzwiami odezwały się głosy. -To ona! Bo widzisz, jeszcze ci nie mówiłem, ale ten babsztyl dzisiaj zaprosił psychiatrę! Widać właśnie przyjechał! Chłop stanął i zrobił się na twarzy cały czerwony. Widać było jak bardzo jest tym wszystkim zdenerwowany. -Słuchaj, robimy tak. Jak wejdzie pan doktor to przemówisz do niego i ona wówczas wyjdzie na głupią. -Nie wiem, czy będę w stanie- odpowiedział rybak- wiesz, że jestem się otworzyły i weszli dręczyciele. Psychiatra miał łysą głowę, długą brodę i wielkie okulary. Żona natomiast wyglądała jak typowa wiejska baba i nie trzeba jej wycedził do portretu:-No, mów! Potwierdź, że jestem zdrowy! Ale obraz milczał. Doktor skomentował to: -To rzeczywiście niepokojący przypadek. Pani mąż patrzy na pusta ścianę i widzi tam obraz. Marek Adam Grabowski Warszawa 2019 Zapisać Marzenia
DZIAD I BABA. Był sobie dziad i baba; stary się zwał Taradaj, a żonę jego nazywano Taradajką. Nie mieli na całym świecie Bożym ani piędzi ziemi, ani złamanego szeląga, ani żadnej rzeczy, która jego jest. We wsi Czubatej Woli od niepamiętnych czasów najmowali sobie pustą chatę, w której niegdyś kowal mieszkał. Dziura to w ziemi była, nie chata, ale się w niej żyło, i Taradaj z Taradajką przebyli w niej około pięćdziesięciu lat, biedując, harując, z dnia na dzień, jak Bóg dał. Bywało gorąco, bywało zimno, czasem głodno, niekiedy wesoło, jak zwyczajnie na świecie. Taradaj chodził z siekierą, z kosą, z sierpem, Taradajka też z rękami gołemi do pielenia, z sierpem, z grabiami, jak tam przypadło. Zarabiali tyle, że głodu nie było. Oszczędził się czasem grosz jaki, to trzeba było bieliznę sprawić, kożuchy odnowić, buty kupić, sukmanę, a czasem też i przepić, żeby o ciężkiej biedzie zapomnieć. Baba w węzełku u spódnicy nosiła groszaki, dziad zawiązywał je w koszulę, a rzadko ich tam się uzbierało. Najgorsza bywała zima, zwłaszcza gdy postarzeli, a Taradaj z siekierą już ledwie mógł chodzić i mniej zarabiał. Dziecka im Pan Bóg nie dał, cudze też nie miały ochoty do tej biedy przystać, i siadywali tak sami, bo w chacie, okrom kota i starej kury chudej, nie było nikogo. Jednego wieczora baba, w piecu ogień rozpaliwszy, przygrzewała ranne kluski na wieczerzę, na dworze wiatr dął okrutny, dziad na ławie leżał i stękał. — Oj, doloż ty nasza! — mówił Taradaj — drugiemu się wszystko wiedzie, jak po maśle, a tu człek calusieńkie życie męczył się, biedował, pocił, stękał i na starość nawet nic nie uciułał. Żeby choć przehulał, zostałaby pamięć, żeby zgrzeszył, pokutowaćby nie żal było, a no, życie się przewlokło, jak wóz po błocie, i niema z niego nic. Teraz już po kościach świdruje, dalej sił nie stanie, choć z głodu mrzeć. Taradajka, stojąc koło ognia, podparłszy głowę na ręku, dodała: — Oj, co prawda, to prawda! jak się nie wiedzie, to się nic nie powiedzie. Inni, nie pracując, z niczego szczęściem się podorabiali, my nic... — Człekby już i djabłu duszę dał, żeby mu trochę lepiej było na świecie — rzekł Taradaj. Baba się przeżegnała. — Anobyś nie plótł pod złą godzinę, tfu! — krzyknęła. Dziad się śmiał. — Doskwierczyła bo bieda! — To pewna, że groszby się zapaśny bardzo zdał! — westchnęła Taradajka — żeby choć po żebrach nie chodzić. Wtem drzwi od sieni skrzypnęły. Dziad i baba ulękli się mocno, i Taradaj z ławy się porwał. — Kto tam? Aż i od izby uchyliły się drzwi. — Podróżny, zbłąkany — odparł jakiś głos niemiły, który Taradajkę od ognia aż odpędził. Zamilkli oboje. Wszedł do izby jegomość, licho wie, do czego podobny, w kusym płaszczyku, w kapelusiku na głowie, jak grzybek przydeptany, w pluderkach ciasnych, z kijkiem w ręku, bo trochę na jedną nogę nakuliwał. — A wy skąd? co za jeden? — zapytał Taradaj. Mężczyzna się obejrzał dokoła, kot zlazł zza pieca, podszedł do niego i o nogę mu się otarł. — Jechałem do Czarnego Stawu — rzekł — konisko mi w drodze padło. Nie macie konia?... — Ani konia, ani kobyły, ani kozy nawet! — rzekł Taradaj. Gość zmęczony przysiadł tymczasem na ławie. — Daleko do Czarnego Stawu? — spytał. — Ani znam, ani wiem! — szepnął dziad, rad się pozbyć przybyłego, bo mu już kluski pachniały, a był głodny — idźcie do gospody, tam się lepiej dowiecie. — Niechno spocznę, noga mnie boli — mruknął gość i dodał: — Coś tu około was ubożuchno? — Jak widzicie! — odezwał się Taradaj — my zarobnicy jesteśmy, a nie szczęściło się nam. — Cóż to? dlaczego? — mówił podróżny. — Albo ja wiem? — odparł, ramionami ruszając, Taradaj. Baba, ośmieliwszy się, wylazła z kąta, twarz gościa się jej nie podobała, uśmiech miał na ustach bardzo paskudny, ale do serca im zagadał. — E! już to, co prawda — odezwała się — my to właśnie o tem gadali... dola! dola!... Ono to dola, a bywało, stary taki w gospodzie przepił i przehulał! — Jakby to ty była lepsza! — ofuknął dziad rozgniewany. Baba zamilkła. — Jaki ty był, taka i ja być musiała. Hulało się, to się hulało, to i przehulało... Gość się śmiał. — A na starość — rzekł — nie zostało nic, ani na owinienie palca! Zamilkli starzy oboje. — Hę? — odezwał się podróżny — gdyby tak parę tysiączków złotych wam... cobyście z niemi zrobili? Obojgu się im oczy zaśmiały, popatrzeli na się. — Co tam i gadać! — rzekł dziad. Mężczyzna z ławy wstał nagle. — Bardzo mi pilno do Czarnego Stawu — rzekł — śpieszno, gdybyście mnie na drogę tylko wyprowadzili, która mimo Wężowe Oko idzie do Hydkiego, tambym ja już sobie poradził. A wiecie? litość mam nad wami, dam wam parę tysięcy czystem złotem, czerwońcami... Starzy się czegoś ulękli. — Et! żarty! — rzekł dziad. — Nie żarty, kładę je na stole — zawołał gość. Baba się do dziada zbliżyła i szepnęła: — Uchowaj, Boże! w drodze ci głowę ukręci. Gość dosłyszał i rozśmiał się. — Nie ukręcę — rzekł — on sam ją sobie skręci i beze mnie, jak rozumu mieć nie będzie. Taradajowi na myśl przyszło, że o djable gadał pod wieczór, i rzekł, spluwając: — Ja duszy swej nie sprzedam! — A po jakiego kata mi dusza twoja, głupi człowiecze! — zaczął się śmiać podróży. — Ta to smród i paskudztwo... ja jej nie potrzebuję. Mam litość nad wami! Na! oto dwa tysiące, obrączkowemi... prowadź mnie na drogę do Hydkiego. I na stole począł kłaść dukat obok dukata, a złoto się tak świeciło, aż za oczy chwytało. Strach był wielki, a pokusa większa jeszcze. Wyraźnie przecie powiedział, że duszy nie chce... — No! dziejże się wola Boża! — zawołał dziad, zgarniając dukaty i pośpiesznie wiążąc je w chustę, którą baba podała, a potem prędzej jeszcze niosąc je do komory... Natychmiast czapkę i kij pochwycił i stał gotów. — Dziej się wola Boża, poprowadzę was na drogę do Hydkiego!... Podróżny jeszcze babie rzucił dukata, obwinął się płaszczykiem i już wyszedł, dziad tylko żonie głową kiwnął i wysunął się za nim. Taradajka, zostawszy sama, stała długo, jak osłupiała, przypatrywała się dukatowi to z jednej, to z drugiej strony. Zdało się jej, że to wszystko snem było. — Sen mara! Pan Bóg wiara! — poczęła powtarzać, ale dukat trzymała w ręku; wzięła go w zęby, ani ugryźć. Niepokój ją opanował, gdzie tę garść dukatów Taradaj schował. Chciała je zobaczyć, czy wszystkie były do tego podobne. Poleciała wskok do komory, macnęła po dzieży, po kieszeni opończy, wiszącej na kołku, do skrzynki... Nigdzie dukatów. Zapaliła łuczywo i poszła z niem szukać; opatrzyła wszystkie kąty, nigdzie nic. Dziwnie się jej zrobiło. — To bestja dziadzisko przemierzłe, starzyna ta, gnój ten! cóż to, bał się, żebym nie ukradła? gdzie on to włożył?... Ano mu głowę zmyję, gdy powróci, popamięta. Siadła Taradajka na ławie i poczęła myśleć. — Co my z temi pieniędzmi będziemy robili? Stary to zaraz do gospody pociągnie i pić będzie. Niedoczekanie! Toć nie jego pieniądze, ale nasze, już choćby połowę musi mi dać. To sprawiedliwość! choćby na skargę przyszło iść! Wbiegła jeszcze raz do komory szukać i nie znalazła, a zła się zrobiła bardzo. Ogień przygasł, dorzuciła łuczywa. — Co mamy sobie żałować! — rzekła. Już kury piały, a Taradaj nie wracał, baba zasnąć ani myślała, przyglądała się swojemu dukatowi, ciągle układała, co zrobić z pieniędzmi, i pilno jej było dziada doczekać, a złajać go, jak zasłużył. Drugie kury piały, gdy w sieniach drzwi skrzypnęły i dziad wszedł milczący, zmęczony, zmokły, a ławy dopadłszy, zawołał: — Babo! jeść! Kluski się pono aż popaliły, bo je dopiero teraz sobie przypomniała. Pilniejsze od klusek było łajanie starego. — A gdzieżeś to pieniądze wetknął? — zawołała. — Coś to wiary we mnie nie miał, czy co? — Zamiast je żonie oddać, toś licho wie, gdzie wściubił. Ejże! Pokazała mu pięść, a dziad ani się nawet zżymnął. — Kluski! — zawołał — to twoja rzecz, a pieniądze — moja! — A zjadłbyś kaduka! — zakrzyczała baba, biorąc się w boki — albo to pieniądze twoje! Toć nasze, nie twoje! Nasze! rozumiesz! — Nieprawda! moje! — rzekł dziad — tobie jednego czerwonego dał, to go sobie trzymaj, nie odbieram, a co moje, to moje, tego i nie powąchasz... Baba krzyknęła na całe gardło: — Tak to już? — Ano tak! a jakże miało być! — począł dziad. — Albom to ja darmo tego czarnego biesa na rozstaje wodził po błocie i słocie, nogi zrywał i strachu się najadł. Z wielkiego gniewu baba płakać poczęła, weszła do komory, zatrzasnęła drzwi za sobą i wołała przez nie: — Schowałeś je tu, w komorze, nie chcesz się podzielić, podpalę chatę, niech pieniądze i ją, i ciebie licho bierze! Dziad się śmiał. — Jaka bo ty głupia — począł — jam ich w komorze nie chował, trzymam je za pazuchą! Do komorym poszedł tylko, aby się podróżnemu zdało, żem je położył tu, bom się bał, aby mi ich po drodze nie odebrał! Pal chatę, spal się sama, a mnie co! Ja teraz o to nie dbam... Usłyszawszy to, wyszła Taradajka spłakana. Poczęła już inaczej mówić, przypominając, jak to oni z sobą tyle lat przeżyli, tyle chleba i soli zjedli, jak on był niewdzięczny za to, że go tyle razy pielęgnowała w chorobie i gdy mu głowę w karczmie rozbito, i t. d. Dziad trochę zmiękł. — Dajno kluski — rzekł — pogodzimy się! Juści ja pieniędzy nie połknę. Podała baba kluski, ale sama ich nie tknęła. Gadali i gadali, resztę nocy nie kładąc się spać, a wkońcu zaklęli się oboje, ażeby, uchowaj, Boże, nikomu w świecie nie mówić o tych pieniądzach. Baba przyrzekła, a Taradaj też powtarzał: — Albo ja głupi? Zrana się jakoś wypogodziło, poszedł Taradaj do gospody na piwo. Miał tam starego jednego dobrego druha, Pasimuchę, poczciwe bardzo człeczysko. Kazał mu dwa piwa postawić. — Wiesz, stary — szepnął mu w ucho po drugiej półgarncówce — jakby ty się zaklął, że nikomu ani piśniesz, jabym ci co zwierzył. Zaklął się strasznie Pasimucha, bodaj sczezł, bodaj świata nie oglądał, bodaj roku nie dożył i t. d. Naówczas Taradaj mu pocichu, ręką się zasłaniając, od A od Z opowiedział wszyściutko i na dowód pokazał dukata. Pasimucha oczom nie wierzył, dukata w zęby wziął, próbował kąsać, głową kiwał i wyszli z gospody na gawędę za płoty. Taradajka też, wyszedłszy z chaty, wprost pobiegła do kumy swej, do Opójduchowej, której dziecko było słabe. Poczęstowali ją krupnikiem, napiła się trochę raz, słodki był, popiła drugi. — A! moja ty Opójduchowa serdeczna i stateczna, moja ty jedyna! Jakbyś ty mi się zaklęła na duszę, na zbawienie, że nikomu nie powiecie, to jaby wam coś osobliwego zwierzyła. Opójduchowa uderzyła się w piersi kułakiem. — Czy ty mnie nie znasz? czy ty nie wiesz, że ja umiem język trzymać za zębami? A jużci się klnę na wszystko najświętsze!... Taradajka nachyliła się do jej ucha i wyspowiadała. Poczęły w ręce plaskać, a psy wieszać na dziadzie, że sobie skarb chciał przywłaszczyć. Trzeciego czy czwartego dnia po wsi pletli różne rzeczy, że Taradaj ćwierci pożyczał w karczmie, na której smoły trochę było u dna, a gdy ćwiartkę odniósł, dukat znaleźli do niej przylgnięty. Inni mówili, że djabłu duszę sprzedał, inni, że stara kura niosła jaja, dukatów pełne, a nareszcie, iż barana miał w komorze, który jak się strząsł, sypały się z niego czerwońce. Przed Taradajem siaki taki czapkę zdejmował, czego nigdy dawniej nie bywało. Staremu to pochlebiało i mówił sobie: — Nic nie wiedzą, ano takie nosy mają! ho! ho!... Chodził teraz z rękami w kieszeniach, czapka na bakier. Najgorsza była rzecz, że wieczorami z babą dzień w dzień się kłócili, co z pieniędzmi robić. Ona co innego chciała, on co innego. Krowy jej było trzeba koniecznie, jemu — konia i wozu... Dalej grunt-by byli kupili. Dziad rozumniejszy głową trząsł. Jak ludzie zobaczą, że grosz mamy, pokoju nie będzie, trzeba tak żyć, jakbyśmy go nie mieli. — A na cóż on nam się zdał? — mówiła baba. — Na czarną godzinę! — Toć już czarniejsza być nie może, jak dziś. — E! co ty, głupia babo, wiesz! — kończył Taradaj i szedł do gospody radzić z Pasimuchą. Taradajka wlokła się do Opójduchowej i płakała. — Żeby nie ta baba stara, bestja — mówił Taradaj — hm? jeszczebym sobie młodą żonkę wziął i gospodarstwo prowadził! — Żeby nie ten stary dziad, co mi życie zawiązał — szeptała Taradajka, — żebym takie pieniądze miała! A toć ja od niego o lat piętnaście młodsza jestem, jeszczebym za parobka wyszła za mąż, jak należy, i trochę świata skosztowała... Oboje starzy, co z sobą żyli mało nie pół wieku, dla tych pieniędzy znienawidzili się i, jak tylko spotkali, ząb za ząb gryźli. — A bodajbym była... — A bodajem był... kiedym się z tobą żenił. Pewnego dnia do tego przyszło, że dziad babę z chaty wygonił. Poszła, płacząc; został sam. Pod wieczór jakoś mu było nieraźno, otworzył drzwi, popatrzał, czy jej niema, parę razy kaszlnął głośno — ani słychu. Czekał do późnej nocy, nie wróciła. Wstał, zły i na siebie, i na nią. Do Opójduchowej poszedł szukać, tam jej nie było, w gospodzie też, na wsi nie widział nikt. Dziadowi zrobiło się na sercu bardzo smutno. — Uchowaj, Boże, stanie się co, na sumieniu będę miał! — rzekł do siebie. Baba tymczasem, pożegnawszy przyjaciółkę, po żebraninie się powlokła. Wprawdzie Pasimucha przesiadywał u Taradaja po całych dniach, ale to nie pomagało. Przyszły i inne kłopoty, ludzie o pieniądzach się dowiedzieli, ten i ów zaglądał, posądzano dziada o kradzież, o rabunek, nareszcie zamknięto do kłody. Szczęściem pieniądze wprzódy w ziemi zakopał. Dostawszy się do ciupy, Taradaj już był tak nieszczęśliwy, że włosy sobie darł z głowy. — A niechajby te przeklęte pieniądze licho brało! — wołał. Przeszedł miesiąc czy więcej, dziada nie wypuszczano. Opójduchowa poszła na odpust, patrzy, siedzi z garnkiem Taradajka, rękę wyciągnęła i żebrze: — Za duszyczki, znikąd ratunku nie mające! — Miły Boże, a toć ona! — zawołała — a wiecie, co się z waszym stało? Toć siedzi zamknięty już czy nie osiem niedziel... Taradajka rozpłakała się, wzięła kij i poszła wprost z odpustu pod ciupę. Musiała dać kilka szelągów, aby ją wpuścili do męża. Gdy spojrzeli na siebie, popłakali się oboje. — A bodajmy ich byli nie widzieli! — począł dziad — bodajby ja ich nie oglądał na oczy moje! Djabelski to dar i nieszczęście przyniósł z sobą. Byle mnie puścili, rzucę na dno do studni! Poszła Taradajka za mężem prosić, i jakoś go uwolnili. W dobrej zgodzie powlekli się do domu. — Co wy macie rzucać tyle złota do studni? — odezwała się baba — toć szkoda. Kupujmy, jedzmy i pijmy, co wlezie, to się ich pozbędziemy rychło i tyle... — Niech i tak będzie! — odparł dziad. Wprost tedy na ogród szli za chatę, gdzie pieniądze były zakopane. Dziad kroki wymierzył. Miejsce znalazłszy, patrzy: dołek wykopany, a w dołku coś wcale do pieniędzy niepodobnego... W ręce plasnęli oboje. Pieniędzy nie było. Wieczorem siedzieli oboje pochmurni, nazajutrz mówią, że Taradaj się obwiesił na gruszy, a żona znikła ze wsi bez wieści. Pasimucha tylko opowiadał w gospodzie, na jakie to sztuki się djabeł bierze, gdy się na kogo zasadzi. — Żeby był nie powiedział głupiego słowa w złą godzinę — mówił, wzdychając — po dziś dzień byliby żyli i biedę klepali. — Mój Pasimucho — odpowiadał na to zwykle Żubr, sąsiad jego — żeby głupiego człeka zgubić, na to djabła nie trzeba, dosyć trochę pieniędzy. O pięknej królewnie-wiedźmie. Jednego czasu była na świecie bardzo piękna dziewka u króla, który ją kochał nad życie. Co tylko chciała, to miała, ptasiego mleka nawet jej nie brakło... Aż, gdy wyrosła, a ojciec mówić zaczął, że czas zamąż iść, wręcz mu powiedziała, że nie pójdzie za nikogo, tylko za takiego, który od niej rozumniejszy i zręczniejszy będzie, a jej się upodoba. Więc nad dworem królewskim złote koło przybito[1]. Zaczęli wnet zjeżdżać swaty: i jechali królowie, panowie, kmiecie, żupany, kneziowie, chłopaki dorodne, krasne... ale, gdzie!... wolność jej była miła, żadnego nie chciała. Jeden był za duży, to go obrem przezywała; drugi za mały, to go krosnalkiem zwała; ten był za czerwony, tamten za blady, jeden za mądry, drugi za głupi... dosyć, że się nie podobał żaden. Po ogródku sobie chodząc, kwiatuszki zbierała, piosenki śpiewała, z ludzi się śmiała, w boki się brała i powtarzała: Nie będzie mnie miał żaden! nie będzie! Przyjechał który, wydziwiała srodze: Jednemu kazała sobie przynieść wody żywiącej, której smok o siedmiu głowach pilnował. Ten poszedł po wodę ze złotym dzbanuszkiem i nie wrócił: smok go połknął, a dzbanuszek sam do dworu przypłynął. Drugiego posłała po złote jabłka na górę lodowatą. Ten jechał, jechał, wpadł w przeręble i ryby go zjadły, tylko piórko od kołpaka pod dwór przypłynęło. Trzeciego wyprawiła, aby jej gwiazd na sznurek nanizał, do noszenia na szyi; ten poleciał wysoko i sępy go rozszarpały, co pilnują nieba, tylko sznurek kraśny upadł pode dworem. Aż się wybrał w swaty do niej królewicz Siła, czarownik wielki. Ten, gdy ją zobaczył, serce mu się zagotowało i rzekł sobie: — Bym i życie postradał, to ją muszę mieć! Królewna, jak go tylko zobaczyła, srodze się ulękła, poczęła bardzo drżeć i płakać. Kazała mu zaraz iść za morze i przynieść tego ziela, co umarłych odżywia, do którego dostąpić nie można, ino przez płomienie, a woda ich żadna nie gasi. Królewicz zaraz ptakiem się stał, poleciał za morze, z góry na ziele padł, dziobem je pochwycił, uszczknął i przyniósł gałązkę. Właśnie był królowi synek zmarł i smutek we dworze wielki był; przyłożyli ziele do serca, aż chłopak wstał, oczy przetarł i zawołał: — Dawajcie jeść, bo mi się bardzo dobrze spało. A król szczęśliwy uściskał go i zawołał do córki: — Inaczej już nie może być, musisz mi zaraz za królewicza iść. Królewna zapłakała gorzkiemi łzami. — Kiedy muszę, to pójdę — rzekła — ale nieinaczej, aż mu się ja siedem razy schowam i siedem mnie razy wyszuka. Dopiero będę jego... Była bowiem wiedźma wielka, a mogła siebie i drugich przemieniać, jak się jej zachciało; ale królewicz też czarownik był jeszcze większy i umiał tak się przerzucić, jak zapragnął. Drugiego dnia przez okienko otwarte królewna poleciała gołąbką po dworze, zamieszała się w stado i z ptactwem latała... A że ptaki czuły w niej innego ducha, że nie swoją im była, co się do gromady zbliżyła, stado się zaraz rozsypywało, a ona siedziała jedna. Królewicz się jastrzębiem uczynił i pogonił za nią... Ulękła go się strasznie, usiadła na ziemi, przemieniła w dziewczynę. Patrzy, jastrząb przy niej królewiczem stoi i za rączkę ją bierze... Poszła więc gniewna, zamknęła się w komorze, płakała, myślała nockę całą, nadedniem do ogródka się wsunęła, usiadła na grządce i leliją zakwitła... Wszystkie lielije koło niej, jak śnieg, białe, ona jedna że krew miała, więc na grządce różowiała... Królewicz z ojcem idą do ogrodu... bieduje bardzo, gdzie jej teraz ma szukać, jak ją znaleźć?... Stanęli jakoś przy grzędzie przy lelii; gdy się do niej zbliżyli, biała lelija ze strachu jeszcze mocniej pokraśniała. Królewicz zaraz poznał ją po rumieńcu, rękę przyłożył do łodygi, aż tu panna stoi i płacze. — Poznałeś mnie dwa razy, nie odgadniesz raz trzeci. I do komory leci, zasuwa się, na łóżeczku siadła, płacze, płacze, aż z łez strumyk płynie. Myślała, myślała, płakała noc całą, nad rankiem okno odsunęła... i złotą muszką wyleciała. Leci, leci, ale strach jej wielki. Ptaszki za muszkami latają, tylko co ją który nie dziobnie. Królewicz może podpatrywał, może mu kto podszeptywał, przemienił się w strasznego pająka, zasnuł w powietrzu pajęczynę ogromną — i czeka. Wróble muszkę napędziły i w siatkę mu wpadła... pająk do niej... królewna stoi i płacze. — O doloż ty moja, doleńko! A pająk ją za białą rączkę trzyma. — O! ja nieszczęśliwa! poznał mnie trzy razy... co ja pocznę.. gdzie ja się ukryję... Znowu idzie do komory, siadła na łóżeczku, głowę nakryła i płacze, a zawodzi: — Doloż ty moja, doleczko! Siostry do niej pukają, przyszły i powiadają: — Popłyń ty rybką na morze... morze szerokie, głębokie morze... nie znajdzie tam ciebie... A ona zawodzi. — Poznał mnie trzy razy, co ja pocznę teraz, gdzie ja się ukryję?... W morzu są potwory... boję się morza... Płakała noc całą, a gdy rozedniało, na brzeg morza biegła; nie widziała, jak królewicz patrzył z za drzewa. Plusnęła w wodę rybką złotą, a on tuż w srebrną się przemienił. Gdzie się złota rybka obróci, srebrna goni za nią. Uderzyły się głowami; słyszy królewna słowa: — Czwartyś raz przegrała i musisz być moją. Gdy te słowa usłyszała, panna do brzegu płynęła i biegła do malowanego dworu, zamyka się w komorze i płacze: Płacze znowu noc całą, nadedniem się namyśliła. — U brzegu nad wodą tyle kamuszków leży... któż mnie poznać tam może, gdy ja się białym kamuszkiem położę?... Poleciała na brzeg o świcie, w kamyczek się obróciła śliczny i leży. Królewiczowi piąty raz już bardzo było odgadnąć trudno, rozpaczał strasznie. Gdzie tu jej szukać, w powietrzu, na ziemi, w wodzie, pod ziemią, czy nad ziemią? Szedł tedy na brzeg morza, chcąc się topić. Chodzi, chodzi, narzeka, ręce łamie, wtem na kamyk nastąpił przypadkiem... A jakie oczko śliczne!... Schyli się do kamyka, a tu panna wykrzyka i z ziemi wstaje z suknią przydeptaną, bo ją nogą ucisnął. — Znalazłem cię piąty raz... musisz być moją — wołał królewicz. — Do siedmiu daleko! będziesz mnie miał za siódmą górą i za siódmą rzeką! Panna do dworu gniewna bieży, aż na ziemi w komorze leży... tak się smuci, tak w łzach płynie. Postrzegła myszkę na podłodze, jak się zwinęła i do dziurki schowała, i myśli: — Myszką się stanę... skryję się w norę.. tam on mnie nie wyszuka. Ale wróbel na oknie siedział, słyszał jak szeptała, poleciał do królewicza, usiadł mu na ramieniu i szczebiocze: — Panna myszką się stała... w dziurkę małą schowała! Królewicz w kotka burego się odmienił, siadł i czatuje. Myszce jeść się zachciało, prószynki od korowaja pod stołem leżały, ledwie główkę pokazała, kotek drogę zastępując: — A tuś! — wykrzykuje. Zlękła się królewna, aby jej nie połknął, nie schwycił, aż tu słyszy te słowa: — Poznałem cię szósty raz... moją musisz być teraz... Padła panna na ziemię i płacze: — Nieszczęśliwa godzina... doloż moja, doleczko... co ja pocznę z nim? Na siódmy raz zeszły się wszystkie siostrzyce i druchny i czarownice, radzą, radzą cały wieczór i noc całą, dnieć zaczyna i nic nie uradziły... Królewna z płaczu i wstydu się zachodzi. Wolałaby już była odrazu za niego iść, niż siedem razy się sromać, a ósmy w niewolę popaść. W okienku świta. Co tu począć, gdy słonko wnijdzie?... Musi się przemienić! A słonka tylko nie widać... Radziły siostry, radziły, aż się królewna zmieniła w starą żebraczkę, pomarszczoną, żółtą, straszną, i... poszła żebrać na gościniec. Mówiła sobie: — Nie pozna mnie... Stoi, stoi na drodze, jedzie król na koniku... co za baba stoi? Kazał dać jej miłosierdzie... pojechał. Myśli sobie panna: — Ojciec własny nie poznaje! Wygrana moja... Jedzie pan brat, jedzie, spojrzał na staruchę i rozśmiał się. — A! co za ropucha.. spędzić mi ją z drogi... Panna się odstąpiła i raduje. — Nie poznał mnie własny brat... Wygrana moja... Jedzie królewicz na siwku, w boki się wziąwszy, i piosenkę nuci. Kołpaczek na ucho włożył, włosy mu wiatr złote rozwiewa... Nic się nie frasuje. Patrzy, żebraczka stara stoi... rzuca jej pierścień złoty. Wtem panna ze trwogi, choć jej teraz poznać nie mógł, płachtę sobie na twarz zaciągnęła prędko. Tem się zdradziła. Patrzy panicz, i wnet do niej przyskoczy i pogląda jej w oczy... Oczów odmienić nie mogła, świeciły, jak dwa słoneczka... Porwał ją wpół, na konika rzucił. — Poznałem cię siódmy raz, musisz moją być teraz... I sprawił król wesele, na którem ja też byłem, miód i wino piłem. M. ARCT — ZAKŁADY WYDAWNICZE Sp. Akc. w Warszawie WARSZAWA, Księgarnia, Nowy Świat 35. ODDZIAŁY I PRZEDSTAWICIELSTWA: KATOWICE, Księgarnia Polska, Poprzeczna 2. KRAKÓW, Księgarnia Jagiellońska, Wiślna 3. LIDA, Księgarnia Wojskowa, Suwalska 46. LUBLIN, M. Arct i S-ka, 17. LWÓW, Księgarnia Naukowa, Zimorowicza 17. ŁÓDŹ, M. Arct i S-ka, Piotrkowska 105. POZNAŃ, M. Arct. Księgarnia, plac Wolności 7. RÓWNE, Księgarnia Naukowa, Szosowa 27. WILNO, Księg. Stow. Naucz. Pol., Królewska 1. CZCIONKAMI KSIĘGARNI POWSZECHNEJ I DRUKARNI DIECEZJALNEJ WE WŁOCŁAWKU, UL. BRZESKA NR. 4
gadał jeden dziad i drugi dziad